Rano ruszyliśmy dalej przez Kraj Indian Navajo do Gallup. Mieliśmy do przejechania wiele mil. Po drodze zwiedziliśmy Canyon de Chelly, najbardziej znane miejsce starożytnych Indian Anasazi, do tej pory zachowały się opuszczone jaskinie i ruiny ich domów widoczne w dole kanionu. W dalszym ciągu w kanionie żyją Indianie Navajo, uprawiając tam kukurydzę i hodując owce. Można zejść w dół kanionu do pewnego miejsca, ale trzeba mieć specjalną przepustkę od Indian, więc zrobilismy parę zdjęć i pojechaliśmy dalej. Po zmroku dojechaliśmy na leśny kemping za Gallup.
sobota, 25 czerwca 2011
piątek, 24 czerwca 2011
Dzień 10 Navajo Bridge, Antelope Canyon, Horseshoe Bend, Monument Valley
Dziś czeka nas bardzo intensywny dzień i wiele zwiedzania. Rano krótka kąpiel w jeziorze i ruszyliśmy do Antelope Canyon, po drodze zatrzymując się nad tamą Glen Canyon i na pierwszym powstałym moście nad Kanionem Colorado, Navajo Bridge. Ta stalowa konstrukcja powstała w latach 20-tych XXw. Teraz dostępna jest tylko dla pieszych.
Zwiedzanie Antelope Canion możliwe jest tylko z indiańskim przewodnikiem ze specjalnym pozwoleniem. Przewodnik zabrał nas jeepami przez pustynię do Antelope Canyon, byliśmy cali oblepieni piaskiem, ale było warto, bo światło dostające się przez szczeliny kanionu sprawiało, że skały rozświetliły się wszystkimi kolorami. Indiański przewodnik dokładnie wskazywał miejsca, gdzie należy robić zdjęcie i faktycznie, niby niepozorna skała, a na zdjęciu, dzięki kilku promieniom słońca, skała ożywiała się i mieniła kolorami.
Po drodze zahaczamy o punkt widokowy Horseshoe Bend, gdzie rzeka Colorado zawija się w malowniczym kanionie Glen Canyon, tworząc kształt podkowy. Trasa do tego punktu jest krótka, ok. 1 mili, wyglada dość niepozornie, jednak to tylko złudzenie. Maszerujemy pustynią, nie ma tu skrawka cienia, czujemy się wykończeni, zapadamy się po kostki w czerwonym pyle. To chyba najbardziej gorące miejsce na całej ziemi. Nic nie wskazuje, że za chwilę zobaczymy następny cud natury. Rzeka Colorado bierze tu zakręt, głęboko wcinając się w kolorowe skały.
Potem wyruszyliśmy do Monument Valley, już z odległości kilkunastu kilometrów widać było słynne ostańce skalne. Te skalne giganty to jeden z symboli Dzikiego Zachodu, każdy chyba choć raz w życiu widział Monument Valley, jak nie w filmie, to w reklamach. I znów poprosiliśmy Indianina Navajo, do których należy dolina, aby nas poprowadził swoimi drogami. Za dodatkowy napiwek Indianin o imieniu Jeremo pojechał z nami swoim jeepem prywatnymi drogami, gdzie wstęp mają tylko Indianie. Monument Valley to następne święte miejsce Indian, czerwone, monumentalne, piaskowe skały wyrastające z ogromnej równiny sprawiają nierzeczywiste wrażenie. W Dolinie do tej pory mieszkają nieliczni Indianie, inni oprowadzają po niej turystów, którzy jednak w niektóre miejsca mogą dotrzeć tylko z przewodnikiem, tak jak my, a do niektórych świętych miejsc nie mają w ogóle wstępu. Wszędzie dookoła unosi się czerwony pył, który wdziera się w każdy zakamarek naszego ciała. Zachodzące słońce nad Monument Valley oświetla formacje niezapomnianymi kolorami. Wieczorem nocowaliśmy na kempingu prowadzonym przez Indian, u stóp doliny, z widokiem na czerwone giganty i oczywiście z wszechobecnym czerwonym pyłem.
Zwiedzanie Antelope Canion możliwe jest tylko z indiańskim przewodnikiem ze specjalnym pozwoleniem. Przewodnik zabrał nas jeepami przez pustynię do Antelope Canyon, byliśmy cali oblepieni piaskiem, ale było warto, bo światło dostające się przez szczeliny kanionu sprawiało, że skały rozświetliły się wszystkimi kolorami. Indiański przewodnik dokładnie wskazywał miejsca, gdzie należy robić zdjęcie i faktycznie, niby niepozorna skała, a na zdjęciu, dzięki kilku promieniom słońca, skała ożywiała się i mieniła kolorami.
Po drodze zahaczamy o punkt widokowy Horseshoe Bend, gdzie rzeka Colorado zawija się w malowniczym kanionie Glen Canyon, tworząc kształt podkowy. Trasa do tego punktu jest krótka, ok. 1 mili, wyglada dość niepozornie, jednak to tylko złudzenie. Maszerujemy pustynią, nie ma tu skrawka cienia, czujemy się wykończeni, zapadamy się po kostki w czerwonym pyle. To chyba najbardziej gorące miejsce na całej ziemi. Nic nie wskazuje, że za chwilę zobaczymy następny cud natury. Rzeka Colorado bierze tu zakręt, głęboko wcinając się w kolorowe skały.
Potem wyruszyliśmy do Monument Valley, już z odległości kilkunastu kilometrów widać było słynne ostańce skalne. Te skalne giganty to jeden z symboli Dzikiego Zachodu, każdy chyba choć raz w życiu widział Monument Valley, jak nie w filmie, to w reklamach. I znów poprosiliśmy Indianina Navajo, do których należy dolina, aby nas poprowadził swoimi drogami. Za dodatkowy napiwek Indianin o imieniu Jeremo pojechał z nami swoim jeepem prywatnymi drogami, gdzie wstęp mają tylko Indianie. Monument Valley to następne święte miejsce Indian, czerwone, monumentalne, piaskowe skały wyrastające z ogromnej równiny sprawiają nierzeczywiste wrażenie. W Dolinie do tej pory mieszkają nieliczni Indianie, inni oprowadzają po niej turystów, którzy jednak w niektóre miejsca mogą dotrzeć tylko z przewodnikiem, tak jak my, a do niektórych świętych miejsc nie mają w ogóle wstępu. Wszędzie dookoła unosi się czerwony pył, który wdziera się w każdy zakamarek naszego ciała. Zachodzące słońce nad Monument Valley oświetla formacje niezapomnianymi kolorami. Wieczorem nocowaliśmy na kempingu prowadzonym przez Indian, u stóp doliny, z widokiem na czerwone giganty i oczywiście z wszechobecnym czerwonym pyłem.
| Navajo Bridge |
| rzeka Colorado |
| Antelope Canyon |
| Monument Valley |
| W takich lepiankach mieszkają Indianie w Dolinie |
| Horseshoe Bend |
| Horseshoe Bend |
czwartek, 23 czerwca 2011
Dzień 9 Wielki Kanion cd
Z kempingu pojechaliśmy jeszcze raz do Wielkiego Kanionu, robiąc rundkę po większości punktów widokowych. Potem ruszyliśmy w stronę Page, po drodze przejeżdżając przez rezerwat Indian Navajo. Rezerwat Indian obejmuje olbrzymie tereny, aż do Gallup, stolicy wszystkich Indian. Ciągnie się przez trzy stany, Arizonę, Nowy Meksyk i trochę Utah. Współcześni Indianie wygladają zdecydowanie inaczej niż nasze wyobrażenie o nich po obejrzeniu niemieckiego Winnetou. Raczej też nie jeżdżą na koniach, tylko w starych, rozklekotanych pickupach :) Mają własną policję, własne sądownictwo. I mają też prohibicję. I mimo, że raczej na Indian nie wyglądamy to także my musieliśmy w Walmarkcie okazać dowód tożsamości przy zakupie alkoholu. Na noc zatrzymaliśmy się na malowniczo położonym kempingu przy Lake Powell, olbrzymim, ponad 100 km długości, sztucznym jeziorze, raju dla miłośników sportów wodnych.
środa, 22 czerwca 2011
Dzień 8 Wielki Kanion
Ranek zaczął nam się pechowo, bo pod Flagstaff złapaliśmy kamperem gumę, okazało się, ze gwóźdź przebił oponę. Trochę czasu zmarnowaliśmy więc na szukanie miejsca, w którym można by było naprawić oponę. Szczęście w nieszczęściu, że nie stało się to na przykład na środku pustyni Sonora, tylko w jakimś cywilizowanym miejscu. W końcu udało się znaleźć wulkanizatora, który co zdziwiło nas ogromnie, naprawił oponę zupełnie za darmo, a przecież nie była to bułka z masłem. Ruszyliśmy w kierunku Wielkiego Kanionu, po drodze zahaczając o Wupatki, święte miejsce dawnych Indian. Trochę lekcji geologii na wygasłym wulkanie Sunset Crater, ruiny dawnych Indian na różowo-pomarańczowych skałach i w końcu dojechaliśmy do parku narodowego Wielkiego Kanionu. Wpadła nam do głowy myśl, że fajnie byłoby najpierw zobaczyć Kanion z lotu ptaka. Na lądowisko firmy Papillon, okazało się, że mają wolne miejsca dla nas wszystkich w czterech helikopterach podczas ostatniego popołudniowego lotu. Przeżycie było ogromne, nie dość, że był to nasz pierwszy lot helikopterem w ogóle, to jeszcze widoki zapierały dech w piersiach. Najpierw długo, długo płaskowyż porośniety lasem i nagle, zupełnie niespodziewanie oczom wyłania się gigantyczna wyrwa w ziemi i skałach. Lenkę lot helikopterem uśpił i mniej więcej od połowy lotu smacznie spała. Chyba każdy z nas widział kiedyś jakieś zdjęcie Wielkiego Kanionu, ale zapewniam, że to, co oglada się na żywo robi piorunujące wrażenie. To jedno z najbardziej niesamowitych miejsc na Ziemi.
wtorek, 21 czerwca 2011
Dzień 7 Sedona
Dojechaliśmy do Sedony. To małe, urzekające miasteczko, przepięknie położone na płaskowyżu, otoczone czerwonymi monumentalnymi skałami. Niesamowite jest to, że miasteczko do lat 80-tych było zupełnie wymarłe, dopiero w latach 80-tych po rzekomym odnalezieniu w tym miejscu wortexów, czyli punktów gromadzących ziemską energię, zaczęli zjeżdżać do niego na nowo osadnicy. Sedona jest teraz siedzibą ruchu New Age, a egzorcystów i wróżek jest tu takie zagęszczenie, jak nigdzie indziej na świecie. Miasto tętni życiem i tylko czerwone skały, tak czerwone, że aż karmazynowe wyglądają jakby zostały tu przeniesione zupełnie z innej planety. Tak pięknego amerykańskiego miasteczka, tak przepięknie położonego do tej pory nie widzieliśmy. Na szczegóną uwagę zasługuje tu kościół, którego bryła wtopiona jest w czerwone skały.
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Dzień 6 Tama Hoovera, Route 66
Z ulgą opuszczamy gorące i betonowe Las Vegas, kierując się w stronę Tamy Hoovera. W pobliżu tamy zatrzymuje nas policja stanowa i dokładnie kontroluje naszego kampera, łącznie z toaletą. Tama jest miejscem strategicznym dla kilku stanów, stąd te daleko posunięte środki ostrożności. Tama ujarzmiła dziką rzekę Colorado, powstały dzięki niej dwa duże jeziora, tereny rekreacyjne Arizończyków. Upał daje nam się we znaki, na betonowej konstrukcji jest szczególnie dotkliwy. Tamę budowało 5 tys ludzi przez 5 lat, konstrukcja i wielkość jest naprawdę imponująca.
Później wjeżdżamy z powrotem na Route 66, po kolei odwiedzając wszystkie kultowe miejsca trasy, dokładnie według przewodnika: stację benzynową Hackberry, znaną nawet naszym dzieciom z bajki Auta, miasteczko Kingman, ghost town Chloride, Delgadillo’s Snow Cap Driver In. Ta historyczna już droga kiedyś łączyła Chicago i Los Angeles.Teraz niektóre odcinki to pustkowia, czasem pustkowia z porzuconym domami, stacjami, sklepami z powybijanymi szybami i powyginanymi deskami. Inne z odcinków, bliżej aglomeracji miejskich mają nam, turystom, przypominać, jak było kiedyś. Na noc zatrzymujemy się niedaleko Prescott, stolicy Arizony, pojawiają się pierwsze drzewa i oznaki życia, w końcu inne widoki niż do tej pory.
niedziela, 19 czerwca 2011
Dzień 4 i 5 Las Vegas
Nevada. Las Vegas. Miasto, które nigdy nie zasypia. Miasto, gdzie prawo stanowe pozwala na legalny hazard. Stan, do którego przyjeżdżają mieszkańcy innych stanów i całego świata, by poczuć szeroko rozumianą rozrywkę i więcej swobody. Miasto, które powstało na środku pustyni, ale które swym fenomenem przyciąga ludzi z całego świata. Przyjechaliśmy w dzień i wtedy Las Vegas wygląda jak każde inne miasto, dopiero, gdy zapada zmrok, rozbłyska tysiące hotelowych neonów, bajecznie oświetlając ulice. Bo Las Vegas to tak naprawdę hotele. Ale nie są to takie zwykłe hotele. To małe miasta w mieście.Kombinaty rozrywki i zbytku. Chcesz poczuć się jak w Wenecji? Nie ma sprawy, zajrzyj do hotelu Venetian. Całe piętro poprzecinane jest kanałami, po których co rusz pływają gondole, a gondolierzy nucą swoje pieśni. Uliczki wyłożone brukiem, dookoła knajpki, muzyka. Nie byłeś w Paryżu? Nie ma sprawy, wieżę Eiffle'a zobaczysz przy hotelu Paris. Na zwiedzanie i odpoczynek poświęciliśmy dwa dni. I jedną noc. Zatrzymaliśmy się na betonowym kempingu w samym centrum Las Vegas, tuż obok hotelu Circus Circus. Wieczorem poszliśmy na słynne show, wybraliśmy przedstawienie Cirque du Soleil, na którym niestety dopadł mnie chyba w końcu jet lag, bo całe przespałam ku zgorszeniu amerykańskich sąsiadów z rzędu obok. A potem jeszcze najlepsze Mojito, jakie piłam w życiu, w hotelu ociekającym złotem Bellagio i obowiązkowo gra na jednorękim bandycie. Straciłam od razu całego 1 dolara, choć przyznaję pokusa dalszego grania była duża i w sumie już mniej się dziwię tym wszystkim ludziom przegrywającym tam tysiące dolarów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)