środa, 22 czerwca 2011

Dzień 8 Wielki Kanion

Ranek zaczął nam się pechowo, bo pod Flagstaff złapaliśmy kamperem gumę, okazało się, ze gwóźdź przebił oponę. Trochę czasu zmarnowaliśmy więc na szukanie miejsca, w którym można by było naprawić oponę. Szczęście w nieszczęściu, że nie stało się to na przykład na środku pustyni Sonora, tylko w jakimś cywilizowanym miejscu. W końcu udało się znaleźć wulkanizatora, który  co zdziwiło nas ogromnie, naprawił oponę zupełnie za darmo, a przecież nie była to bułka z masłem. Ruszyliśmy w kierunku Wielkiego Kanionu, po drodze zahaczając o Wupatki, święte miejsce dawnych Indian. Trochę lekcji geologii na wygasłym wulkanie Sunset Crater, ruiny dawnych Indian na różowo-pomarańczowych skałach i w końcu dojechaliśmy do parku narodowego Wielkiego Kanionu. Wpadła nam do głowy myśl, że fajnie byłoby najpierw zobaczyć Kanion z lotu ptaka.  Na lądowisko firmy Papillon, okazało się, że mają wolne miejsca dla nas wszystkich w czterech helikopterach podczas ostatniego popołudniowego lotu. Przeżycie było ogromne, nie dość, że był to nasz pierwszy lot helikopterem w ogóle, to jeszcze widoki zapierały dech w piersiach. Najpierw długo, długo płaskowyż porośniety lasem i nagle, zupełnie niespodziewanie oczom wyłania się gigantyczna wyrwa w ziemi i skałach. Lenkę lot helikopterem uśpił i mniej więcej od połowy lotu smacznie spała. Chyba każdy z nas widział kiedyś jakieś zdjęcie Wielkiego Kanionu, ale zapewniam, że to, co oglada się na żywo robi piorunujące wrażenie. To jedno z najbardziej niesamowitych miejsc na Ziemi.





wtorek, 21 czerwca 2011

Dzień 7 Sedona

Dojechaliśmy do Sedony. To małe, urzekające miasteczko, przepięknie położone na płaskowyżu, otoczone czerwonymi monumentalnymi skałami. Niesamowite jest to, że miasteczko do lat 80-tych było zupełnie wymarłe, dopiero w latach 80-tych po rzekomym odnalezieniu w tym miejscu wortexów, czyli punktów gromadzących ziemską energię, zaczęli zjeżdżać do niego na nowo osadnicy. Sedona jest teraz siedzibą ruchu New Age, a egzorcystów i wróżek jest tu takie zagęszczenie, jak nigdzie indziej na świecie. Miasto tętni życiem i tylko czerwone skały, tak czerwone, że aż karmazynowe wyglądają jakby zostały tu przeniesione zupełnie z innej planety. Tak pięknego amerykańskiego miasteczka, tak przepięknie położonego do tej pory nie widzieliśmy. Na szczegóną uwagę zasługuje tu kościół, którego bryła wtopiona jest w czerwone skały.





poniedziałek, 20 czerwca 2011

Dzień 6 Tama Hoovera, Route 66

Z ulgą opuszczamy gorące i betonowe Las Vegas, kierując się w stronę Tamy Hoovera. W pobliżu tamy zatrzymuje nas policja stanowa i dokładnie kontroluje naszego kampera, łącznie z toaletą. Tama jest miejscem strategicznym dla kilku stanów, stąd te daleko posunięte środki ostrożności. Tama ujarzmiła dziką rzekę Colorado, powstały dzięki niej dwa duże jeziora, tereny rekreacyjne Arizończyków. Upał daje nam się we znaki, na betonowej konstrukcji jest szczególnie dotkliwy. Tamę budowało 5 tys ludzi przez 5 lat, konstrukcja i wielkość jest naprawdę imponująca.

Później wjeżdżamy z powrotem na Route 66, po kolei odwiedzając wszystkie kultowe miejsca trasy, dokładnie według przewodnika: stację benzynową Hackberry, znaną nawet naszym dzieciom z bajki Auta, miasteczko Kingman, ghost town Chloride, Delgadillo’s Snow Cap Driver In. Ta historyczna już droga kiedyś łączyła Chicago i Los Angeles.Teraz niektóre odcinki to pustkowia, czasem pustkowia z porzuconym domami, stacjami, sklepami z powybijanymi szybami i powyginanymi deskami. Inne z odcinków, bliżej aglomeracji miejskich mają nam, turystom, przypominać, jak było kiedyś. Na noc zatrzymujemy się niedaleko Prescott, stolicy Arizony, pojawiają się pierwsze drzewa i oznaki życia, w końcu inne widoki niż do tej pory.





niedziela, 19 czerwca 2011

Dzień 4 i 5 Las Vegas

Nevada. Las Vegas. Miasto, które nigdy nie zasypia. Miasto, gdzie prawo stanowe pozwala na legalny hazard. Stan, do którego przyjeżdżają mieszkańcy innych stanów i całego świata, by poczuć szeroko rozumianą rozrywkę i więcej swobody. Miasto, które powstało na środku pustyni, ale które swym fenomenem przyciąga ludzi z całego świata. Przyjechaliśmy w dzień i wtedy Las Vegas wygląda jak każde inne miasto, dopiero, gdy zapada zmrok, rozbłyska tysiące hotelowych neonów, bajecznie oświetlając ulice. Bo Las Vegas to tak naprawdę hotele. Ale nie są to takie zwykłe hotele. To małe miasta w mieście.Kombinaty rozrywki i zbytku. Chcesz poczuć się jak w Wenecji? Nie ma sprawy, zajrzyj do hotelu Venetian. Całe piętro poprzecinane jest kanałami, po których co rusz pływają gondole, a gondolierzy nucą swoje pieśni. Uliczki wyłożone brukiem, dookoła knajpki, muzyka. Nie byłeś w Paryżu? Nie ma sprawy, wieżę Eiffle'a zobaczysz przy hotelu Paris. Na zwiedzanie i odpoczynek poświęciliśmy dwa dni. I jedną noc. Zatrzymaliśmy się na betonowym kempingu w samym centrum Las Vegas, tuż obok hotelu Circus Circus. Wieczorem poszliśmy na słynne show, wybraliśmy przedstawienie Cirque du Soleil, na którym niestety dopadł mnie chyba w końcu jet lag, bo całe przespałam ku zgorszeniu amerykańskich sąsiadów z rzędu obok. A potem jeszcze najlepsze Mojito, jakie piłam w życiu, w hotelu ociekającym złotem Bellagio i obowiązkowo gra na jednorękim bandycie. Straciłam od razu całego 1 dolara, choć przyznaję pokusa dalszego grania była duża i w sumie już mniej się dziwię tym wszystkim ludziom przegrywającym tam tysiące dolarów.





piątek, 17 czerwca 2011

Dzień 3 Route 66, Oatman



Po nocy nad Alamo Lake ruszyliśmy w stronę Havasu Lake, miejsce wypoczynku i sportów wodnych Arizończyków. W 1970 roku jakiś lokalny bonzo kupił w Londynie most, który cegiełka po cegiełce został ułożony w Havasu Lake City.
Po drodze odwiedziliśmy Oatman, maleńką miejscowość Dzikiego Zachodu, na trasie słynnej Route 66, której dziś główną atrakcją są dzikie osły spacerujące po ulicach i wchodzące do nielicznych sklepików. Oatman w czasach swojej świetności i gorączki złota liczyła nawet 10 tys. mieszkańców. Ciężko to sobie teraz wyobrazić, bo miejscowość nastawiona jest głównie na turystów, pragnących jechać szlakiem gorączki złota, a składa się z paru drewnianych chat i kolorowych sklepików z mydłem i powidłem. Oraz hotelu, w którym swój miesiąc miodowy spędził Clark Gable :)






czwartek, 16 czerwca 2011

Dzień 2 Alamo Lake


Phoenix nie ma nic szczególnego do zaoferowania, więc po nocy spędzonej w hotelu i ranku w hotelowym basenie, pojechaliśmy do kamperowni El Monte odebrać kampery. Kampery mamy większe niż w zeszłym roku, mają 28 stóp i są już mega duże, jest i sypialnia i sypialnia dla dzieci, łazienka z prysznicem, wygodny stolik z kanapami, i jeszcze jedna wygodna kanapa :)  Na początku jest się trochę ciężko przyzwyczaić do jazdy nimi. Ruszyliśmy na kemping do Alamo Lake, największego naturalnego jeziora Arizony. Po drodze pustynia, pustynia, kaktusy, kaktusy. Krajobrazy zupełnie inne niż znane nam dotychczas.








środa, 15 czerwca 2011

Dzień 1 Phoenix

O 23 czasu lokalnego wreszcie dolecieliśmy do Phoenix. Podróż była bardzo długa i męcząca, ale na szczęście dziewczynki świetnie dały sobie radę, a nasze bagaże wyjątkowo w tym roku wszystkie doleciały razem z nami. Tym razem przylecieliśmy w cztery rodziny, jest nas więc aż 18 osób. Po wyjściu z klimatyzowanego lotniska buchnęło na nas gorące powietrze. Czułam się mniej więcej tak, jakbym stała przy włączonej suszarce. A więc welcome again United States :)